4.

Jej zapach został na mojej koszulce. Idę pustą ulicą i zastanawiam się, czy kiedykolwiek, ktokolwiek na świecie, pachniał tak jak ja.

Jestem prawie pewny, że nikt poza nią.

Wiosna zaprowadziła mnie tam, gdzie rzadko bywałem. Jestem zapracowanym człowiekiem. Wstaje równie wcześnie co ona, jednak ja nie mam w sobie tyle siły. Nie mogę chodzić po mieście i śmiać się w głos. To niedojrzałe, nie jesteśmy przecież dziećmi. Nie mogę rzucać pustymi butelkami z dachu starego budynku. To nieodpowiedzialne, bądźmy dorośli. Nie, nie zatańczę z Tobą w chłodnym deszczu, jeszcze się zaziębisz i co potem? Ja Cię do lekarza nie będę wiózł.

Zanim się zorientowałem, zachowywałem się jak każdy z tych gości, którymi gardziłem kilka lat temu.

Dziesięć lat temu nie istniał lepszy pomysł, niż nocny wypad do lasu.

Osiem lat temu nie istniał lepszy pomysł, niż popijanie wódki winem.

Sześć lat temu nie istniał lepszy pomysł, niż popalanie sobie w czasie zajęć.

Cztery lata temu nie istniał lepszy pomysł, niż kilkudniowa impreza.

Dwa lata temu nie istniał lepszy pomysł, niż film przed telewizorem i piwo do snu.

Teraz nie istnieje lepszy pomysł, niż puste mieszkanie i cisza.

Jednak w dni takie jak te, dni gorące i tak gorzkie od żółci, marzy mi się tylko tamto morze. Te niespokojne obłoki i stalowa szarość nieba nad Naszymi głowami. Szkoda, że nie słuchałem wtedy Wiosny, nie nadstawiłem dobrze uszu, by zrozumieć, jak wiele tracę. Teraz jest jednak za późno, a ja czuję się stary.

W kwiecie wieku, ale w głowie same kolce i chwasty.

Nie rozumiem dlaczego jestem zawsze kilka kroków za własnym życiem. Zupełnie, jakby sędzia nie zauważył tego niesprawiedliwego falstartu mojego istnienia, a ja mogę śledzić już tylko jego plecy. Jest jak królik, gonię je, a oczami wyobraźni już widzę, jak moje dłonie zaciskają się wokół jej szyi. Jak jasne loki rozpływają się na wietrze, niesione w sobie tylko znanym kierunku, gdzieś dalej, gdzie nie istnieją troski i kłopoty. Spoglądam w krystalicznie czysty błękit jej oczu i w to spojrzenie, które zdaje się mówić:

No dalej, zrób to, jebany tchórzu.

Bo taka właśnie była. Żyła chwilą, jednym lichym uniesieniem – skakała po mokrych kamieniach, chociaż mama mówiła, że może się przewrócić. Nie suszyła w dzieciństwie włosów, chociaż lekarz mówił, że może się przez to pochorować. Sznurówki zawsze wlekły się za nią, bo butów i tak nie wiązała, chociaż mogła rozbić sobie kolana. Zawsze miała siniaki, kiedy znikał jeden, na jego miejscu pojawiał się następny. Włosy wiecznie potargane przez ten wiatr, który układał je jak te łany zbóż.

Widzę siebie, jak siedzę na stogu siana, wysokim na piętnaście metrów i spoglądam na złote pola i zachodzące słońce. Jestem tam sam, reszta już poszła, w końcu czas na dobranockę, a i kanapkę z masłem i pomidorem trzeba zjeść. A ja siedzę tam na górze, mam nie więcej jak kilkanaście wiosen i wyobrażam sobie co mi życie przyniesie. Byłem taki jak Ona, byłem tym chłopcem, który nie bał się spaść w dół. W końcu wiedziałem, że na dole czeka mnie miękkie siano.

Taka jest właśnie Ona.

Lato.

Dzisiaj widzę, że pode mną nie ma siana, ale jest już na to za późno. Czuję już tylko zapach wiatru i zielonej trawy na swojej koszulce.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s